piątek, 17 stycznia 2020

CosRx Galactomyces 95 Tone Balancing Essence, czyli koreańskie cudo, które uratowało mi skórę | RECENZJA

Kosmetyki koreańskie kuszą nas coraz częściej z polskich półek i to nie tylko ze względu na piękne opakowania, ale też przez bardzo dobre opinie na ich temat. Raczej nie są to kosmetyki naturalne, choć jest kilka firm koreańskich, które oferują świetne składy, np. Benton, ale to też zależy często od pojedynczego produktu. Kosmetyk, który chcę Wam dziś zaprezentować to esencja z filtratem ze sfermentowanych drożdży od CosRx, kupiona w niezawodnej Drogerii Novaya i jeśli chcecie się dowiedzieć, w jaki sposób produkt ten naprawił (tak, nie boję się tego słowa) mi skórę i czy jego skład jest ok, to zapraszam do czytania dalej:)



CO SIĘ DZIAŁO Z MOJĄ CERĄ?

Zacznijmy może od tego, co z moją cerą było nie tak. Głównym moim problemem, który nasilał się wraz z rozpoczęciem sezonu grzewczego było swędzenie skóry. Miałam na twarzy trzy lekko czerwone placki, które swędziały, były dość suche i trochę chropowate pod palcami. Pojawiały się w okresie zimowym i potrafiły odpuścić dopiero w okresie letnim (czerwiec/lipiec). Męczyłam się z tym około trzech lat - najlepiej było latem i jesienią, a jak tylko zaczynała się zima, problem wracał i nie mogłam dać sobie z nim rady. Oczywiście pierwsze, o czym pomyślałam to odwodnienie skóry, przez co została naruszona jej warstwa hydrolipidowa. Doraźnie pomagał mi krem do twarzy z serii ultranawilżającej z mocznikiem 3% od Ziaji - dobrze go pamiętam, bo niwelował swędzenie, świetnie nawilżał i koił, a przy tym nie był tłusty i mogłam go stosować pod makijaż (wtedy używałam kremowych podkładów, teraz stosuję mineralne i szczerze mówiąc nie jestem pewna, czy by się z nimi polubił. Był lekki, ale jednak bogaty, jakkolwiek głupio to brzmi:) ). Jednak poprawa była krótkotrwała, tak jak napisałam wcześniej - doraźna. Próbowałam później z żelem aloesowym od Skin 79, ale nie zauważyłam poprawy. Eksperymentowałam też z olejami i cięższymi kremami, ale też nie dawało to rezultatu - tak jakby mojej cerze brakowało jeszcze czegoś. Poza tym z emolientami muszę uważać - mam cerę mieszaną i lekkie zaskórniki, nie chciałam pogłębiać tego problemu. Swędzenie ustąpiło samoistnie latem, a jesienią w moje ręce wpadła esencja od CosRx...

ANALIZA SKŁADNIKÓW AKTYWNYCH, KONSYSTENCJA, ZAPACH

Szczerze mówiąc początkowo spodziewałam się podobnego efektu, jak przy żelu aloesowym, czyli żadnego:). Jednak do kupna zachęciły mnie nie tylko świetnie opinie krążące w internecie, ale też bardzo przyjemny, jak na kosmetyki koreańskie, skład: 




Na pierwszy plan wysuwa się filtrat ze sfermentowanych drożdży Galactomyces Ferment Filtrate (GFF), czyli w skrócie produkt uboczny z fermentacji sake :) Jest go tutaj aż 95% i bardzo mnie to przekonało. W końcu to nie jest zwykła woda:) Przede wszystkim ten filtrat działa na skórę jak probiotyk - działa ochronnie, odbudowuje florę bakteryjną i przywraca warstwę hydrolipidową do formy, silnie ją nawilżając i kojąc. Dodatkowo nadaje się dla cer naczyniowych i pomaga rozjaśnić przebarwienia. Poza tym jest świetny w walce z trądzikiem, zablokowanymi porami oraz nadmiernie przetłuszczającą się skórą. Produkt do wszystkiego, czyli do niczego? Nie tym razem i zaraz postaram się to udowodnić:) Ale spójrzmy jeszcze w skład - co dodatkowo zawiera esencja?

Na drugim miejscu widnieje niacynamid, czyli witamina B3. Trochę niedoceniana przez konsumentów, ale bardzo ważna w pielęgnacji. Niacynamid jest substancją, która uczestniczy w wielu ważnych procesach zachodzących w skórze, jej działanie jest wszechstronne - reguluje wydzielanie sebum przez gruczoły łojowe, utrzymuje prawidłowe nawilżenie, rozjaśnia przebarwienia, wzmacnia naczynia krwionośne, pobudza syntezę kolagenu... Długo by wymieniać, ale myślę, że przedstawiłam jego najważniejsze właściwości. Dodatkowo nie podrażnia skóry, więc można go stosować przy cerze wrażliwej.

Dalej mamy kwas hialuronowy, czyli popularny humektant, wiążący wodę w naskórku i zapobiegający jej utracie. I tu muszę koniecznie zaznaczyć, bo nie wszyscy jeszcze o tym wiedzą - kwas hialuronowy nie jest kwasem pod względem chemicznym! W mojej pracy sprzedawcy niestety czasem zdarzało się, że polecając komuś kwas hialuronowy lub krem z nim, ktoś odmówił, sądząc, że kwasów stosować nie będzie, bo wypali/podrażni mu skórę.

Na czwartym miejscu znajduje się betaina - aminokwas, pochodna glicyny, która działa bardzo podobnie do kwasu hialuronowego, czyli świetnie nawilża. Dodatkowo w składzie są pantenol, alantoina (łagodzące), gliceryna (nawilżająca) oraz przeciwzmarszczkowa adenozyna.

Konsystencja esencji jest dość wodna, ale jednak ma w sobie coś z żelu (jest to szczególnie wyczuwalne na skórze). To taki rozwodniony żel:) Jeśli będziecie mieć z nim kiedykolwiek do czynienia, to uważajcie, żeby nie przelała się Wam przez palce (u mnie niestety tak było za pierwszym razem:)). Esencja jest też bezzapachowa, co jest bardzo dobrą wiadomością dla cer alergicznych (związki zapachowe, czy to sztuczne, czy olejki eteryczne, są jednymi z najczęściej uczulających substancji). Kosmetyk zamknięty jest w szklanej butelce z wygodną pompką, o pojemności 100 ml.

MOJE WRAŻENIA

Stosowanie esencji uważałam za bardzo przyjemne - czułam realnie, że to jest właśnie to, czego mojej skórze brakowało. Ze względu na swoją rzadką konsystencję wchłaniała się błyskawicznie i nie blokowała porów. Silnie nawodniła moją skóra i rewelacyjnie ją ukoiła. Czułam tez działanie wygładzające, lekko też rozjaśniające, ale nie w takim stopniu, żeby rozjaśniła moje przebarwienia. Bardziej tutaj chodzi o zmniejszone czerwienienie się skóry. Używałam jej pod krem - i to jest bardzo ważne! Ponieważ mamy tu sporo humektantów, musimy je zabezpieczyć czymś, co ma w składzie jakiś emolient, czyli krem lub olej/serum olejowe. Esencja nie nadaje się do stosowania samodzielnie - wtedy może przynieść odwrotny efekt, ściągnąć skórę i ją wysuszyć (niezabezpieczone humektanty zaczynają pobierać wodę z głębszych warstw skóry). 

Wdrożyłam ten produkt do pielęgnacji jesienią, ok. października. Ku mojemu zdziwieniu (bo przygotowywałam się i zbierałam swoje siły psychiczne do ponownej walki ze swędzeniem skóry w okresie grzewczym), żadne podrażnienia, suchość i, co najważniejsze i najbardziej uciążliwe, świąd nie powróciły ani na moment. To wyglądało tak, jakbym nigdy nie miała takiego problemu! Mijały zimowe miesiące, a po moim problemie nie było ani śladu. Esencja starczyła mi na ponad pół roku stosowania, wiec uważam ją za niebywale wydajny produkt (jedna, dwie pompki wystarczyły, by pokryć twarz i szyję, używałam jej też pod oczy). Widocznie probiotyczne działanie drożdży wręcz naprawiło moją skórę, jakby ją... "połatało", tak jak się łata stare, dziurawe dżinsy. A nie, przepraszam. W dziurawych dżinsach się przecież teraz chodzi:) Flora bakteryjna została odbudowana, więc moja skóra lepiej sobie radzi z niedobrymi bakteriami i innymi syfami.

Ponadto muszę wspomnieć o wspaniałych klientkach (jeśli to czytają i wiedzą, że ja to ja, to serdecznie pozdrawiam!) w mojej poprzedniej pracy - zauroczona działaniem esencji zaczęłam ją polecać głównie osobom z trądzikiem, z podrażnioną i odwodnioną skórą i taką, z którą nie wiadomo, co zrobić, bo reaguje źle na wszystkie zabiegi i kosmetyki. 99% klientek wracało z pozytywną opinią - zazwyczaj okazywało się, że skóra sama nie dawała sobie rady nie tylko z bakteriami czy zanieczyszczeniem powietrza, ale także mocnym oczyszczaniem czy stosowaniem silnych substancji, takich jak retinol, srebro, kwasy czy antybiotyki, przez dłuższy czas. Wysnułam z tego taki wniosek, że GFF po prostu pomaga wrócić skórze do równowagi, głównie po stoczonych bojach z trądzikiem, zmęczonej i podrażnionej. Tak jak probiotyki doustne pomagają nam po antybiotykoterapii. 



Odkąd skończyłam stosować esencję minęło ponad pół roku, jest styczeń, aura zimowa trwa w najlepsze, a skóra nadal nie swędzi. To chyba pierwszy produkt kosmetyczny, z jakim miałam do czynienia, który dał trwały efekt i nie jest konieczne stosowanie go w sposób ciągły, a by ten dobry efekt utrzymać. Oczywiście dbam teraz bardziej o odpowiednią ilość humektantów względem emolientów i myślę, że to też bardzo pomaga. Ponadto, co również Wam polecam, dokładnie słucham potrzeb swojej skóry - nie jest ważne w jakim jesteśmy wieku, czy musimy używać kremu 30+ czy 50+, ważne jest dawać jej to, czego potrzebuje i przestać jej męczyć tym, co zaburza jej warstwę hydrolipidową (np. mocne oczyszczanie, toż to ostatnio jakaś plaga), bo wtedy dzieją się różne, niefajne rzeczy, z którymi nie możemy sobie dać rady i nie wiemy, skąd się wzięły.

Esencja kosztuje ok. 85zł i możecie ją kupić pod TYM linkiem (artykuł nie jest sponsorowany).

Dajcie znać w komentarzu, czy znacie tą esencję, czy kiedykolwiek ją stosowaliście i jakie były Wasze wrażenia:)


Buziaki,
Maddie Ann:)

____________________________________________

BĄDŹ ZE MNĄ NA BIEŻĄCO!
FACEBOOK - KLIK
BLOGLOVIN - KLIK
TWITTER - KLIK
INSTAGRAM - KLIK


Czytaj dalej

wtorek, 11 grudnia 2018

Jagody Acai, Bambus czy Imbir? - peelingi solne do ciała Nature Queen | RECENZJA


Kto się lubi drapać? Przyznajcie - jest w we wszelkich peelingach coś głębszego niż tylko usuwanie martwego naskórka. Masaż jaki sobie fundujemy pobudza do działania, dodaje energii, ale też relaksuje i dosłownie zdejmuje całą tę "opuchliznę", która gromadzi się w ciele po całym dniu pracy (ten, kto ma stojącą pracę, ten wie, o czym mówię). Korzyść nie tylko dla ciała, ale też dla ducha:)

Przetestowałam ostatnio trzy peelingi w ramach programu ambasadorskiego firmy Nature Queen. Muszę się Wam do czegoś przyznać - wcale nie miałam ochoty ich otwierać. Myślicie, że nie interesowała mnie ich zawartość? Oj nie! Interesowała mnie i to bardzo, ale opakowania tak mi się spodobały, że szkoda mi było je otworzyć i przerwać tę kolorową tasiemkę :D Wiem, może to nie do końca normalne, ale uwielbiam kosmetyki w czarnych pudełeczkach czy słoiczkach. Tutaj ten kolor został przełamany delikatnie innym. I to jeszcze tematycznie - peeling jagody acai fioletem, bambus - zielenią, a imbir - pomarańczowym. Może nie zawsze o tym piszę, ale zawsze zwracam uwagę na szatę graficzną opakowań.



Pokaż kotku, co masz w środku - składy peelingów
__________________________________________________

No tak, więc wygadałam się już - od Nature Queen dostałam peelingi z jagodami acai, bambusem i imbirem. Każdy peeling jest przypisany do innej linii, każdy pachnie inaczej. Są to peelingi solne - ucieszyłam się z tego powodu, bo w sumie to jeszcze takich, o dziwo, nie próbowałam. Do tej pory byłam fanką cukrowych, mocno trących peelingów i właśnie takie wybierałam, więc z ciekawości sięgnęłam tym razem po nowe peelingi NQ.


Co mamy w składzie? Oczywiście głównie sól jodowo-bromowa. Potem głównie bardzo ciekawe emolienty - olej macadamia, jojoba, ze słodkich migdałów, masło shea, wosk pszczeli, a także glicerynę i dodatkowo sproszkowany cynamon w przypadku peelingu imbirowego oraz drobinki czarnej porzeczki i ekstrakt z jagód acai w peelingu jagodowym. Jeżeli chcemy pozbyć się cellulitu olej macadamia oraz masło shea nam w tym pomogą, olej jojoba i ze słodkich migdałów natłuszczą i zregenerują skórę, wosk pszczeli zadziała ochronnie, a gliceryna nawilżająco. Bardzo podoba mi się wyjaśnienie w składzie co wchodzi w skład substancji zapachowej - to bardzo dobra informacja dla osób uczulonych na związki zapachowe.



Peeling Bambus - Linia nawilżająco - kojąca
____________________________________________


To dla mnie najdelikatniejszy z peelingów.  Jego zapach jest bardzo świeży i lekki, niemęczący. Jest też najprostszy w składzie.





Peeling Jagody Acai - Linia antyoksydacyjna
____________________________________________


Ze względu na dodatek drobinek z czarnej porzeczki wydaje się być troszkę mocniejszy. Obecność ekstraktu z jagód acai działa przeciwutleniająco na naskórek. Jego zapach jest słodkawy i pudrowy (porównałabym go do perfum) - dla mnie odrobinę męczący.




Peeling Imbir - Linia rozgrzewająco - ujędrniająca
____________________________________________ 


Zapachowo to właśnie ta wersja przypadła mi najbardziej do gustu. Nie jest to zapach prawdziwego imbiru, który pachnie bardziej jak trawa cytrynowa, bardziej mi przypomina pomarańczę z korzennymi przyprawami. Dodatek drobinek cynamonu pomaga złuszczać naskórek jeszcze skuteczniej i poprawia krążenie, co powinno zainteresować osoby walczące z cellulitem.



Moja opinia
_____________________________________

Każdy z tych peelingów, mimo, że są delikatniejsze od cukrowych, bardzo dobrze usuwają martwy naskórek. Dla niektórych drobniejsze ścierniwo może być dużą zaletą - sól nie drapie aż tak, jak kryształy cukru. Dzięki temu złuszczanie za pomocą takiego peelingu jest dokładniejsze - skóra nie jest podrapana, ale wyraźnie miękka i oczyszczona.

Peelingi wywarły na mnie bardzo dobre wrażenie. Myślałam, że nie będą tak dobrze złuszczały jak cukrowe, ale myliłam się - są świetne, skóra jest dokładnie oczyszczona, martwy naskórek jest usunięty całkowicie, a najfajniejsze chyba w tym wszystkim jest to, że nie trzeba smarować skóry balsamem - po peelingu zostaje na skórze cienka olejowa warstwa, dzięki której używanie jakiegokolwiek smarowidła mija się z celem:) Ponadto te zapachy... Ach, gdybym mogła w jakiś sposób przekazać Wam woń peelingu imbirowego!



Buziaki,
Maddie Ann:)

____________________________________________

BĄDŹ ZE MNĄ NA BIEŻĄCO!
FACEBOOK - KLIK
BLOGLOVIN - KLIK
TWITTER - KLIK
INSTAGRAM - KLIK


Czytaj dalej

poniedziałek, 12 listopada 2018

MIESIĘCZNIK | 3 seriale na jesienne wieczory, cennik weselny oraz kolejne ciekawe koreańskie nowości kosmetyczne


Jesień w pełni, mogłabym ponarzekać, że lato się skończyło i, o Boże, jaka ja jestem smutna, ale nie. Napiszę, że to chyba najpiękniejsza jesień, jakiej kiedykolwiek doświadczyłam. Nie pamiętam tak ciepłej i długiej złotej jesieni, ponadto lato w tym roku było dla mnie wyjątkowo męczące, więc pierwszy raz w życiu muszę przyznać - lubię tę porę roku. Co prawda czuję jeszcze to niemiłe ukłucie w sercu, kiedy sobie pomyślę, że już po wakacjach, ale to jest bardziej echo przeszłości, w której chodziłam jeszcze do szkoły i jesień kojarzyła mi się tylko z początkiem roku szkolnego.


Zostałam ambasadorką Nature Queen! 
_______________________________________

Tak, stało się. Zostałam czegoś ambasadorką. W zasadzie nawet nie czegoś, ale bardzo fajnej firmy produkującej naturalne kosmetyki. A że lubię produkty tego typu to chętnie wzięłam udział w konkursie i udało się - ja oraz 9 innych ambasadorek testujemy właśnie nowości od NQ, czyli 3 solne peelingi do ciała o obłędnych zapachach:) Efekty wkrótce:)



Z małych sukcesów - stuknęło mi 1000 obserwatorów na Instagramie. Z dużych - odkryłam przyczynę swojego złego samopoczucia - ciągłych nudności, bólów brzucha, ogólnego osłabienia, które nie dawały mi spokoju od sierpnia. Bardzo się cieszę, że mogę w końcu nad tym popracować (uprzedzam pytania - nie jestem w ciąży). Ta cała sytuacja ma jednak jeden pozytywny skutek uboczny - schudłam 3kg! Nie dziwne - nic nie mogłam jeść, a jak już mogłam to starałam się nie wpychać w siebie byle czego i mocno ograniczyłam spożycie mięsa - od razu poczułam się lepiej i przede wszystkim lżej. I nagle się okazało, że dieta wegetariańska wcale nie jest niedobra i nie smakuje trawą:)



3 seriale, które polecam na jesienne wieczory
_______________________________________

Nie oglądam raczej tego, co oglądają inni, dlatego często nie ma o czym ze mną rozmawiać :)) Oczywiście żartuję, ale fakt jest taki, że ja nie wiem co to House of Cards, The Crown czy American Horror Story. Harry Potter? Nie. Riverdale? Nie wiem o czym to. Plotkara albo Orange is the new black? Pfff…. Czasem czuję się jak dziwak, bo nie oglądam tego, co wszyscy inni. Wyjątkiem jest tutaj na pewno Gra o Tron (którą i tak zaczęłam oglądać w zeszłym roku i tak mnie wciągnęła, że wszystkie sezony złapałam w dwa tygodnie) i Stranger Things.

Ostatnio jednak z mężem pochłaniamy głownie nowe polskie seriale, ale jednym z naszych ulubieńców jest amerykański The 100. Kocham katastroficzne klimaty od małego, więc fabuła tego serialu musiała przypaść mi do gustu i tak tez się stało.


Dwa ostatnie sezony to coś genialnego - nie pamiętam, żeby jakikolwiek serial (nie mówię o filmach) tak mnie poruszył jak ten o setce ludzi wychowanych w kosmosie i zesłanych za karę na Ziemię.

Odkryliśmy też dwie polskie perełki - Rojst oraz Ślepnąć od świateł. Jeśli lubicie kryminalne seriale, trochę dekadenckie z zagadką w tle to będzie to coś dla Was.


O ile Rojst jest świetny, to Ślepnąć od świateł jest genialny. Genialna jest fabuła, genialni są aktorzy, z Janem Fryczem na czele. Jego postać mnie jednocześnie przeraża i fascynuje, czasem się go boję, a czasem chciałabym go przytulić. Naprawdę polecam, chociażby właśnie dla niego.




I tak nie będę idealna, ale będę miała idealną cerę
______________________________________

To zadziwiające, ale ostatnio jednym z moich ulubionych miejsc, w których kocham przebywać jest nie drogeria, ale Empik lub księgarnia. Nie czytam raczej powieści (bo jak się już wkręcę, to stracę kontrolę nad tym, co się wokół mnie dzieje, a to jest jedna z najgorszych rzeczy, która może mi się przytrafić), preferuję literaturę faktu na przykład, coś historycznego, psychologicznego, i oczywiście kosmetologiczno-dermatologicznego. Rzuciłam się na książkę Tatiany Mindewicz-Puacz "Luz. I tak nie będę idealna"(kto kocha oglądać "Projekt Lady" jak ja?) i pochłonęłam w całości. Ta lektura dała mi poczucie, że nie tylko ja jedyna na tym świecie cierpię z powodu swoich słabości i tego, że, tak po głębszym zastanowieniu, ideałem być się przecież nie da. Ciężko jest sobie to uświadomić w dzisiejszych czasach.



Drugą pozycją, którą również pochłonęłam w całości, były "Sekrety Urody Koreanek" Charlotte Cho, którą pewnie niektóre z Was znają na pamięć, a ja z tą pozycją jak zwykle byłam sto lat za dinozaurami. Ogólnie lektura mi się podobała, ale cały czas męczy mnie jedna kwestia - czy naprawdę nakładanie na skórę aż tylu kosmetyków ma sens? Ostatnio mocno się nad tym zastanawiam, podświadomie poszukując kosmetyków z jak najprostszym składem.



Cennik weselny, czyli daj mi w kopercie konkretną kwotę, albo będę zawiedziona
______________________________________

Niedawno natknęłam się w Internecie na artykuł, którego tytuł był w iście clickbajtowym typie. 




Nie cierpię prosić kogoś o coś i w głowie mi się nie mieści, jak można oczekiwać konkretnych kwot, które mają się znaleźć w kopertach od gości. Ze zdumieniem przyglądałam się scenie w jednej z amerykańskich komedii romantycznych, w których para przed ślubem wybiera się do sklepów i oznacza specjalnym czytnikiem produkty, które chcieliby otrzymać w prezencie, a potem podaje tą listę sklepów gościom, by mogli im kupić to, czego sobie zażyczyli. Z jednej strony przyznaję - ten zabieg eliminuje problem niechcianych prezentów, ale z drugiej wygląda to tak, jakby Ci nowożeńcy zapraszali ludzi dla korzyści, jakby chcieli zrobić z ich ślubu i wesela jakiś biznes.

Dokładnie tak to wygląda moim zdaniem w przypadku autorki tego tekstu (nie wiem, czy jest prawdziwy, ale załóżmy, że tak). Trzeba mieć tupet, żeby powiedzieć: "jestem zawiedziona moim bratem, bo mi dał za mało w kopercie. Przecież stać go na to, żeby dać mi więcej". Dać mi, dać, daj, daj, daj, daj... Samo to słowo wywołuje we mnie nieprzyjemne dreszcze. Ponadto ocenianie ludzi na podstawie ich sytuacji materialnej jest słabe do kwadratu. To tak jakby ktoś mówił "nie lubię cię i nie chcę utrzymywać kontaktu z Tobą, bo mam z tego mało korzyści". Dla mnie nie ulega wątpliwości, że autorka jest materialistką, a to, że rodzina i przyjaciele byli z nią w, zakładam, najważniejszym dniu życia, nie ma dla niej większego znaczenia niż to, ile mogła na tym weselu zarobić. A Wy jak uważacie?



Nowa seria postów na blogu i kosmetyczne hity lata 2018
______________________________________

W październiku podjęłam się zebrania w jednym miejscu nowości z zakresu stylizacji paznokci pod szyldem Subiektywnego Przeglądu Nowości. Tak oto nazywać się będzie nowa seria postów na moim blogu (będzie, bo dopiero pojawił się jeden post, więc seria to jeszcze nie jest). Niedługo planuję SPN z kosmetykami naturalnymi w związku ze zbliżającymi się targami kosmetyków naturalnych Ekocuda (kto będzie - zgłaszać się!). Myślę, że na pewno wybiorę dla Was mnóstwo ciekawych rzeczy:) Link TUTAJ .



Nie był to jedyny podsumowujący post w tym miesiącu, bo do kupy zebrałam także wszystkich ulubieńców minionego lata. Jeśli chcecie się dowiedzieć, jaki jest mój ostatni hit na naczynka oraz który szampon włosów pokochałam najbardziej, to zapraszam do kliknięcia w link TUTAJ :)


Koreańskie nowości
____________________________________

Po świetnych maseczkach w płachcie od Holika Holika i Helloskin oraz płatkach pod oczy Gold Racoony od Secret Kei (krótkie recenzje tych produktów znajdziecie pod linkiem z letnimi hitami) przyszedł czas na dalsze odkrywanie koreańskich perełek. Zakupiłam w drogerii Novaya (TUTAJ link do drogerii internetowej) plasterki na wypryski ropne oraz esencję z 95% filtratem ze sfermentowanych drożdży - obydwa produkty  są od CosRx (ta firma ostatnio mnie intryguje). Przez to, że moja skóra jak nigdy dotąd stała się wrażliwa na śmieciowe jedzenie (może dlatego, że odzwyczaiłam od niego swój organizm, choć przyznam, że zdarza mi się czasem zjeść coś niezdrowego) i każde czipsy i słodycze wychodzą mi często na czole. Wczoraj zakupiłam drugie opakowanie tych plasterków, a jak ja kupuję drugie opakowanie czegoś, to znaczy, że to naprawdę działa:) Wyglądają jak plasterki na opryszczkę lub na pęcherze i potrafią rozpuścić wydzielinę ropną i bardzo skutecznie zmniejsza stan zapalny. Na pewno coś więcej o ich napiszę, bo zasługują na osobny wpis jak nic innego.


Nigdy nie używałam żadnej esencji, więc tym bardziej byłam jej ciekawa, poza tym obiecano mi na opakowaniu rozjaśnienie przebarwień, ogólne poprawienie odżywienia i nawilżenia skóry. Jeśli chodzi o przebarwienia to i tak znikają teraz (mam piegi, małe przebarwienie na policzku i na brodzie po pryszczu), bo słońce już nie to, co 3 miesiące temu, więc w sumie nie wiem, czy mogę przypisać tej esencji ten proceder, ale wiem jedno - esencja utrzymuje nawilżenie skóry na prawidłowym poziomie. Robi to na tyle dobrze, że mogę użyć pod makijaż bardzo lekkiego kremu i nie czuję dyskomfortu, co zazwyczaj miało miejsce, gdy nie używałam esencji - musiałam wtedy zaopatrzyć buzię w mocniej nawilżający produkt o trochę bogatszej konsystencji, a jak wiadomo makijaż na takim kremie przy mieszanej skórze zaraz zacznie błyszczeć i wycierać się w strefie T. Taki lekki krem jest dla mnie teraz na wagę złota, ponieważ przerzuciłam się na podkłady mineralne. 




To by było na tyle, jeśli chodzi o ten miesiąc. Dajcie znać, jak spędziliście październik i co Was dobrego spotkało:)


Buziaki,
Maddie Ann:)

__________________________________________

BĄDŹ ZE MNĄ NA BIEŻĄCO!
FACEBOOK - KLIK
BLOGLOVIN - KLIK
TWITTER - KLIK
INSTAGRAM - KLIK

Czytaj dalej

piątek, 12 października 2018

Hity kosmetyczne - Lato 2018




W ciągu tegorocznego lata przetestowałam mnóstwo kosmetyków - więcej niż w każdej innej porze roku:) Większość z nich sprawdziła się u mnie dość dobrze albo bardzo dobrze, więc ten post będzie takim podsumowaniem lata z krótkimi recenzjami tych produktów.


Twarz


Serum na naczynka Keep Calm Be The Sky Girl

Zazwyczaj jest tak, że jeśli na półce drogeryjnej zobaczymy kosmetyk w przyciągającym wzrok, wręcz przekombinowanym opakowaniu, to niestety jego zawartość pozostawia wiele do życzenia. Tak jakby producent chciał odwrócić naszą uwagę od kiepskiego składu. W tym przypadku jest tak, że firma produkuje i świetne opakowania, i bardzo dobre kosmetyki pełne naturalnych ekstraktów i olei. Już od prawie trzech miesięcy używam serum Keep Calm i, uwierzcie mi, jest jedno z najlepszych produktów tego typu na naczynka. Przede wszystkim nie budzę się rano z czerwonymi plamami na twarzy, co wcześniej często mi się zdarzało. Skóra jest rozjaśniona, a czerwona plama na policzku, która od dłuższego czasu nie dawała mi spokoju, jakby zbladła.




Serum ma piękny, ziołowy zapach. Zawiera w składzie m.in. żywokost lekarski, ekstrakt z liści bluszczu, arnikę, kasztanowiec, oczar wirginijski i dziurawiec, a także kwas hialuronowy i bakterie kwasu mlekowego. I to w najwyższych możliwych stężeniach, a nie w ilościach homeopatycznych, jak to się zdarza w przypadku kosmetyków innych firm. Na pewno w najbliższym czasie napiszę szczegółową recenzję tego serum, a myślę, też, że na tym jednym kosmetyku się nie skończy - zacieram jeszcze ręce na emulsję do demakijażu 2 w 1 (podobno zastępuje dwuetapowe oczyszczanie!) i lekki krem Lady Sunshine z filtrem SPF 25 - wbrew nazwie idealny dla mnie na zimę (w lecie używam SPF 50). Ponadto sama firma Be The Sky Girl oraz jej idea zasługuje na osobny wpis na blogu.


Waterproof Sun Gel SPF 50, Skin 79



Szukałam jakiś czas preparatu z wysokim filtrem, który byłby o lekkiej konsystencji i pozwoliłby mi na stosowanie mojego kremu na dzień. Czegoś na kształt serum z filtrem. Natknęłam się jednak na wodoodporny żel przeciwsłoneczny marki Skin 79 z SPF 50 i to był dobry wybór. Produkt może nie do końca wygląda jak żel, ale wchłania się szybko. Z drugiej strony czuję po jego użyciu nawilżenie skóry, więc zastąpił mi krem na dzień. Sprawdził mi się pod makijaż, nawet mineralny:)


Płatki pod oczy Gold Racoony Secret Kei


Te płatki to produkt typu "jak ja mogłam tego wcześniej nie mieć?!" :) Świetnie neutralizują zaczerwienienia skóry pod oczami, lekko ją rozjaśniają, napinają i od razu wyglądamy na bardziej wyspane:) Podoba mi się też to, że serum, w którym skąpane są płatki wchłania się całkowicie w skórę i dzięki temu mogę nałożyć swój krem pod oczy. W pudełeczku oprócz 60 sztuk płatków pod oczy znajdziemy też 30 plasterków na niedoskonałości - ja nakładam je na punktowe zaczerwienienia. Ponadto firma Secret Kei odrobiła lekcje z higieny - płatki wyjmujemy za pomocą specjalnie dołączonej łyżeczki. Taka łyżeczka powinna być w zestawie do każdego kremu w słoiku.


Maseczki w płachcie Helloskin i Holika Holika

W poprzednim poście pokazywałam Wam moją twarz w momencie totalnego odlotu - pokrytą czerwonymi plamami, nie wiadomo skąd. Czasem się tak dzieje i w takich momentach z pomocą przybywają mi koreańskie maski w płachcie. Jednymi z najlepszych masek są moim zdaniem te od Helloskin oraz Holika Holika: pierwsza z nich to łagodząca maska Whoa Whoa Soothing Sheet Mask, dalej witaminowa Vitality Panda z serii Baby Pet Magic Mask Sheet i ogórkowa Cucumber z serii Pure Essence. Wszystkie z nich świetnie gaszą stany zapalne i zaczerwienienia, nawilżają i rozświetlają skórę.




Pielęgnacja twarzy - zobacz ceny

Włosy



Szampon Anti Hair-Loss, Dr Konopka's


Najlepszy szampon ostatnich miesięcy. Skład dla mnie jak najbardziej na plus, pełny emolientów (których szczerze mówiąc trochę się obawiałam, bo włosy mam mieszane). Delikatnie, ale skutecznie oczyszcza, nie podrażnia mojej skóry głowy. Czy hamuje wypadanie? Trudno powiedzieć, być może faktycznie tracę mniej włosów, aczkolwiek bardziej skupiłabym się na tym, jak piękne, lśniące i nawilżone są moje włosy po tym szamponie. Włosy dobrze się rozczesują i nie plączą, a to już uważam za duży plus w kierunku kuracji przeciw wypadaniu włosów. I pięknie pachnie lawendą:)


Maska Jasmine&Jojoba Express Volume Mask, Organic Shop


Maska ta w połączeniu z szamponem od Konopki to coś wspaniałego! Po obydwóch produktach moje włosy wyglądają tak, jakbym dopiero co wyszła od fryzjera - pięknie lśnią, są gładkie, nawilżone i dociążone. Maska zawiera oleje kokosowy i jojoba, wodę jaśminową, glicerynę i hydrolizowane proteiny pszenicy, więc dostarczamy włosom humektantów, protein i emolientów.


Olejowy zabieg dla włosów przetłuszczających się Konopia&Kokos, Iossi


Nigdy nie myślałam, że traktowanie skóry głowy olejami skończy się u mnie dobrze, a tu proszę:) Nie dość, że wcierka nie obciąża skóry głowy, to to, co robi z włosami to istne mistrzostwo - nigdy nie mam tak miękkich włosów jak po jej zastosowaniu:) Są odczuwalnie bardzo odżywione i gładsze.


Żel bambusowy, Beauty Kei



Żel ten sprawdził się na mojej twarzy średnio, ale za to bardzo lubią go moje włosy. I podobnie jak po wcierce - moje włosy są tak miękkie, że mam ochotę cały czas ich dotykać! Rozczesują się bardzo dobrze, nie są posklejane. Można go tez stosować na skórę głowy, wtedy powinien wzmocnić cebulki włosowe (duża ilość krzemionki i witamin), lecz ja nie próbowałam go tam używać, nakładam go na same włosy, od ucha.

Olej z kiełków pszenicy, Zrób Sobie Krem

Olej ten również nakładam na same włosy (omijam skalp, bo tam zazwyczaj ląduje wcierka Iossi, a poza tym sama boję się kombinować z olejami przy przetłuszczającej się skórze głowy, wolę stosować gotowe mieszanki) - najczęściej na żel bambusowy, żeby go zabezpieczyć. Olej nie obciąża moich włosów (mam włosy średnioporowate), mocno wygładza i naprawia ich strukturę. Dzięki temu wyglądają na zdrowsze.


Wybaczcie wygląd oleju, ale męczę go już naprawdę długo:)

Pielęgnacja i stylizacja włosów na Ceneo

Paznokcie


First Date, NeoNail


Tego lata kilka nowych lakierów zawładnęło moimi paznokciami. Pierwszy z nich piękny, pastelowy fiolet od NeoNail z kolekcji Pastel Romance - myślę, że nadaje się nie tylko na lato, ale też na każdą porę roku :) Mam jeszcze wielką ochotę na jaśniejszy fiolet Sweet Conquette, na razie próbuję się powstrzymać przed jego zakupem:)



Chiquita Banana i Ibiza Chill, Indigo


Trzeci i czwarty od lewej

To dwa iście letnie kolory od Indigo, jednej z moich ulubionych firm, jeśli chodzi o lakiery hybrydowe. Moim zdaniem większość z Was wybrałaby elegancki, ale jednak dziewczęcy Ibiza Chill (boski, pastelowy łosoś!), a tym z Was, które lubią trochę poszaleć polecam żółto-zieloną Chiquitę:)


Sexy Saksofon, Neess



Wszelkie odcienie pomarańczy chodziły za mną tego lata i bardzo się cieszę, że dostałam w prezencie od firmy Neess lakier Sexy Saksofon do przetestowania. Jest to elektryzujący, wyrazisty kolor, nie dla wszystkich, ale jak się dobrze z takimi kolorami czujecie, to jak najbardziej polecam:) Sprawdził się u mnie latem, choć przyznam, że myślę też o im w kontekście jesiennym - mam ochotę zrobić go w macie:)

Manicure i pedicure - sprawdź opinie


A jakie są Wasze hity minionego lata?:)



Buziaki,
Maddie Ann:)

________________________________________

BĄDŹ ZE MNĄ NA BIEŻĄCO!
FACEBOOK - KLIK
BLOGLOVIN - KLIK
TWITTER - KLIK
INSTAGRAM - KLIK

Czytaj dalej

piątek, 5 października 2018

MIESIĘCZNIK | Instagram, kobiety ciężarne w komunikacji i za co lubię koreańskie maski w płachcie


Buszując po różnych blogach napotykam się czasem na podsumowujące posty typu "tygodnik" lub "miesięcznik". Są zazwyczaj pisane w lekkim stylu (który lubię;)), a moim ulubionym tygodnikiem jest chyba ten u Ani z bloga Aniamaluje. W ogóle to mój ulubiony ostatnio blog - czytam z namiętnością wszystkie posty, a każdy o czymś innym, każdy równie ciekawy. Bardzo lubię zaglądać do takich wpisów - przyjemnie mi czytając o tym, kto i co ciekawego ostatnio zjadł, gdzie był i co sądzi o ostatnich wydarzeniach na świecie. To takie trochę oderwanie od swojej rzeczywistości, jak oglądanie serialu lub czytanie fajnej książki. A i nie samymi kosmetykami człowiek żyje:)

Długo się zastanawiałam, czy zawrzeć tego typu postu na Alei. Głównie demotywowała mnie myśl, że nikt na pewno nie będzie chciał tego czytać i w zasadzie to kogo to obchodzi, co ja myślę. Nie pasują mi te posty do ogólnego kontentu bloga - przecież to Aleja Kosmetyczna, prawda? Ostatecznie stwierdziłam, że przecież staram się zmienić swoje życie na lepsze i przestać przejmować pierdołami (z czym mam bardzo duży problem) i po prostu spróbuję, chociażby po to, żeby się przekonać, czy miałam rację, czy nie. I nie - nie będzie to tygodnik. Choruję ostatnio na brak czasu, leczę się już na brak motywacji (częstsze pisanie postów jest jednym ćwiczeń, dla którego wstaję z mojego najlepszego czworonożnego przyjaciela, którym jest łóżko) godzinę wcześniej. Będzie za to miesięcznik - więcej mogę w nim zawrzeć, ponieważ w ciągu jednego tygodnia niewiele się u mnie dzieje:) Mam tylko nadzieję, że Koleżanki-Blogerki nie obrażą się na mnie za odgapienie pomysłu na posta:)

ODKRYWAM INSTAGRAMA


Jestem na Instagramie w sumie już z 4 lata, ale dopiero w ostatnich miesiącach głównie tam przeniosłam swoją działalność w Internecie. Podoba mi się to, że jest szybki i wygodny w obsłudze. Mogę zrobić zdjęcie, przepuścić je przez jakąś aplikację do udoskonalania fotografii i będzie ono wyglądało tak, jakbym spędziła godziny nad jego obróbką. Do tego szybki opis i gotowe - można puścić w świat. Zaczynam dodawać tam ostatnio recenzje moich ulubionych produktów. Największe emocje ostatnio (sądząc po komentarzach) wzbudziły płatki pod oczy Gold Racoony od Beauty Kei. Kolejny świetny koreański kosmetyk, na temat którego postaram się w najbliższym czasie napisać większą recenzję. W końcu nie każdy ma Instagrama, a dobrymi rzeczami trzeba się dzielić ze wszystkimi.

Swoją drogą - czy polecacie jakieś ciekawe aplikacje do Instagrama? Ostatnio ściągnęłam trzy, które wydawały mi się najbardziej przydatne - Unfold (zdjęcia na białym tle), Kira Kira (dodawała do zdjęć takie błyszczące coś, czego nie umiem nazwać i miała ładne filtry) i Adobe Premiere Clip (żeby dodać muzykę do stories). Z tych trzech został tylko jeden, Unfold, reszta mi tak ścinała telefon, że się zdenerwowałam i usunęłam. Próbowałam też InShota, ale niestety nie mogłam tam użyć dowolnego fragmentu utworu do filmu - musiał być od początku. Jak to kiedyś ktoś powiedział, na razie jestem za młoda i za piękna, żeby za to płacić (oglądaliście "Poranek Kojota"?), więc może kiedyś sprawię sobie jakąś płatną apkę, na razie wolałabym coś darmowego:)

Czy Wam też zawsze brakuje miejsca w pamięci telefonu, kiedy akurat instalujecie niezbędną do życia aplikację?


BAMBUS CZY ALOES? + PROSTY PRZEPIS NA SAŁATKĘ Z BURAKIEM


We wrześniu udało mi się wyskrobać posta o różnicach między żelem aloesowym a bambusowym, więc jeśli nie wiecie, który wybrać dla siebie, to zapraszam TUTAJ. Porównałam tam też składy kilku popularnych żeli aloesowych różnych firm - może akurat znajdziecie coś dla siebie?




Z racji tego, że mam podejrzenie kamicy żółciowej i źle się czuję po zjedzeniu mięsa musiałam się trochę przestawić. Przeszłam na sałatki i w miarę regularne jedzenie - jest trochę lepiej (czekam jeszcze na USG). Jedną z nich jest prosta sałatka z burakiem, do której przepis prezentowałam Wam już na InstaStories. Dodaję ponownie tutaj (na dwie porcje)



    • kasza kuskus (ok. 100g)
    • jeden burak, średniej wielkości
    • ser feta
    • świeży szpinak (na zdjęciu sałata masłowa - szpinaku nie było w sklepie)
    • sos vinegret (oliwa z oliwek, musztarda, sok z cytryny, troszkę soli i pieprzu - tak na pół szklanki)
    Kaszę i buraka ugotować, wszystko razem wymieszać i zalać sosem. Pycha i nie tuczy:) Można spożywać na ciepło.



    PRZECIEŻ JESTEŚMY W POLSCE, CZYLI KOBIETY CIĘŻARNE W KOMUNIKACJI



    Na początku przeczytajcie, co znalazłam w Internetach.



    Strasznie mnie denerwuje podejście ludzi do kobiet w ciąży, a w szczególności to, jak traktowane są w komunikacji miejskiej. Dla mnie jest oczywiste - widzę kobietę w ciąży lub osobę starszą - ustępuję miejsca. Nic mi się nie stanie, jak sobie 10 minut postoję, korona mi z głowy nie spadnie (siedzi mocno:)). Nie wiem, czy gorszy jest to, że ludzie tracą wzrok w pobliżu ciężarnych, czy to, że usprawiedliwiają to tym, że... przecież żyjemy w Polsce.



    Czy to, że ktoś jest niewychowanym bucem można usprawiedliwić tym, że żyje w Polsce? A co to, Polska to gorszy kraj? Chyba jednak mało osób zdaje sobie sprawę z tego, że Polska to nie tylko zabytki, przyroda, bogata historia czy drużyna piłkarska, ale przede wszystkim SPOŁECZEŃSTWO i to my wszyscy tworzymy nasz kraj i kreujemy jego wizerunek poza granicami.

    A tymczasem mam wrażenie, że większość ludzi utraciła zdolność logicznego myślenia i jakiekolwiek szczątki wyobraźni. Przecież nie trzeba ukończyć medycyny, żeby wiedzieć, że upadek  kobiety przy nadziei w autobusie (gwałtownie hamowanie, wypadek, a debili na drodze nie brakuje) może się skończyć tragicznie. Nie trzeba być lekarzem, żeby domyślić się, że kobieta będąc w ciąży może źle się czuć i to nie tylko w ostatnim trymestrze - w pierwszym i drugim też. Ciąża to nie choroba, ale jest uciążliwa, jak sama nazwa wskazuje i niesie za sobą szereg różnych, nieprzyjemnych dolegliwości. No ale jak widać wychylenie czubka nosa ze swojej strefy komfortu jest dla niektórych niewykonalne, "bo po co ja będę ustępował, niech ktoś inny to zrobi". Łatwiej jest się zasłonić durnym wytłumaczeniem (płacę za bilet, to będę siedział) albo udawać, że się nie widzi niż podnieść dupsko i nawet bez zbędnego gadania po prostu ustąpić.


    ZA CO LUBIĘ KOREAŃSKIE MASKI W PŁACHCIE?


    Moja skóra czasem płata mi figle i częstuje mnie kuperozą (tak, jest takie słowo. To po prostu mega rumień, tak najprościej mówiąc). I to kompletnie nie wiadomo dlaczego - traktuję ją tymi samymi kosmetykami, których uzywałam w dniu poprzednim i tydzień temu i nawet miesiąc temu. Nagle, ni stąd, ni zowąd, bach! Pojawiają się czerwone placki, zazwyczaj są swędzące i gorące. I denerwujące. Muszę sobie natychmiast poradzić, w końcu nie nałożę na podrażnioną skórę makijażu, bo pogorszę jej stan. Pomagają mi w tym koreańskie maski w płachcie - czasem nie mają świetnego składu, ale robią to, co mają robić - wyciszają, łagodzą, rozjaśniają i nawilżają moją skórę. 20-30 minut z taką maską i problem z głowy, zresztą zobaczcie sami:



    Skóra ukojona, po czerwonych plamach ani śladu. Mam swoje ulubione maseczki i przymierzam się od jakiegoś czasu do napisania o nich posta. Chcecie?



    To by było na tyle. Napiszcie, co sądzicie o tego typu wpisach - czy chętnie poczytalibyście coś jeszcze, czy mam się przymknąć;) Czekam na Wasze komentarze!:*


    Buziaki,
    Maddie Ann:)
    ________________________________________

    BĄDŹ ZE MNĄ NA BIEŻĄCO!
    FACEBOOK - KLIK
    BLOGLOVIN - KLIK
    TWITTER - KLIK
    INSTAGRAM - KLIK
    Czytaj dalej
    Obsługiwane przez usługę Blogger.