wtorek, 27 września 2016

Moje ulubione palety nude :)

Hej:)

Jesień przywitała nas dość ciepło, mam nadzieję, że tak zostanie do samej zimy:) Polubiłam tę porę roku ze względu na różnorodność barw, które nam oferuje. Uwielbiam jesienne makijaże w ciepłych barwach, ostatnio maluję się w odcieniach brązu i beżu, robię delikatne dzienne smokey, które pasuje na dzień, do pracy:) Pomagają mi w tym moje ulubione nudziakowe palety cieni, które poniżej Wam dziś przedstawię :)


Wybrałam cztery palety, którymi posługuję się ostatnio najczęściej i jestem z nich najbardziej zadowolona. Może któraś z nich szczególnie Wam się spodoba? :)

Neutral Eyeshadow Palette, Wibo

Pierwsza paleta to Neutral od Wibo - niedawna nowość, którą udało mi się zakupić podczas wiosennych wielkich promocji na kosmetyki kolorowe w Rossmanie. Paleta zawiera 15 cieni, 8 matowych i 7 błyszczących. Większość to odcienie brązu i beżu, znajdziemy tu też chłodniejszy odcień Milk Chocolate, którego bardzo lubię używać, a także błyszczący łosoś czy szarości. Paleta nadaje się do wykonania makijażu zarówno na dzień jak i na wieczór. Jest to najmniej napigmentowana paleta ze wszystkich czterech, które znajdziecie w dzisiejszym poście, więc jeśli zaczynacie swoją przygodę z makijażem to bardzo ją polecam, tym bardziej, że jej cena nie jest zawrotna. Cienie są dość suche i na początku nie podobało mi się to, lecz dobrze się blendują.

Wibo, Neautral Eyeshadow Palette


Wibo, Neautral Eyeshadow Palette

Koszt: ok. 28-30zł
Gdzie kupić?: Rossmann

Natural Beauty, Dark Side, My Secret

Ta mała paletka bardzo mnie zaskoczyła swoją dobrą pigmentacją. Jestem trochę zawiedziona beżem, gdyż na powiece wygląda czasem za żółto, trzeba nauczyć się go nakładać z rozwagą, wtedy da ładny, naturalny efekt. Mamy tu jeszcze ciepły odcień brązowego, szary cień wpadający odrobinę w fioletowe tony oraz czarny, rewelacyjny do podkreślania moich brwi. Wszystkie cienie są matowe, praca z nimi jest przyjemna, nie osypują się i dobrze rozcierają. Dostępna w Drogerii Natura, koszt ok. 13zł, choć widziałam ją teraz na wyprzedaży za około 8-9zł.

Natural Beauty, My Secret

Koszt: ok. 13zł
Gdzie kupić?: Drogeria Natura

I heart Chocolate, Salted Caramel, Makeup Revolution (I love Makeup)

Ta pachnąca słonym karmelem czekoladka kusi swoim wyglądem, ale jej zawartość także jest godna kupna:) W palecie znajdziemy 16 cieni, 8 matowo-satynowych oraz 8 błyszczących lub metalicznych. Większość to barwy brązu, beżu i miedzi, ale znalazło się też miejsce dla niebieskiego i różowego, które świetnie komponują się z całością. Są to cienie, z którymi najprzyjemniej mi się pracuje. Ich miękka konsystencja oraz dobra pigmentacja sprawia, że blendować mogłabym cały dzień ;) Plus za duży beżowy cień - takiego zawsze potrzeba najwięcej oraz za duże lusterko:) 


I heart Chocolate, Salted Caramel, I love Makeup

Koszt: ok. 40zł
Gdzie kupić?: drogerie internetowe

Naturally Yours, Zoeva

Marka Zoeva jest popularna wśród wizażystów, czemu się wcale nie dziwię, ponieważ cienie mają świetną pigmentację i dobrze trzymają się powieki. Jest to typowa paleta nude, która zapewne zadowoli też fanki złotych odcieni:) W palecie jest 10 cieni, 5 matowych i 5 metalicznych. Uwielbiam dwa najjaśniejsze cienie z tej palety - to chyba najbardziej napigmentowane beże, z jakimi miałam do czynienia, a ciężko jest takie znaleźć. Kolory są raczej w ciepłej tonacji.

Naturally Yours, Zoeva
Naturally Yours, Zoeva

Koszt: ok. 80-90zł
Gdzie kupić?: drogerie internetowe, m.in. Mintishop.pl


Wszystkie z palet są bardzo uniwersalne, nadają się do codziennego i wyjściowego makijażu, bardzo to sobie cenię. Ciężko jest mi wskazać najlepszą, każda z nich ma coś fajnego w sobie, co sprawia, że chętnie do nich wracam. 

Macie swoje ulubione palety nude?:)

 ___________________________________________

  

BĄDŹ ZE MNĄ NA BIEŻĄCO!
FACEBOOK - KLIK
BLOGLOVIN - KLIK
TWITTER - KLIK
INSTAGRAM - KLIK


Czytaj dalej

czwartek, 8 września 2016

Z pamiętnika sprzedawcy: Czy klienta kultura nie obowiązuje?


Mądrzy ludzie powinni swoim potomkom wpajać od małego zasady kultury. Nie chodzi mi o to, żeby trzylatka zabierać do teatru, bo byłoby to dla niego zapewne męczące, a jak dziecko się nudzi albo męczy, to potrafi przysporzyć rodzicom niemałych problemów. Wystarczy nauczyć go trzech magicznych słów: "proszę", "dziękuję", "przepraszam". Tylko jak nauczyć tego dziecko, skoro sami dorośli zapominają o tych zwrotach?

Uczono mnie, żeby nie szufladkować klientów. Niestety jest to bardzo trudne, szczególnie jeżeli chodzi o kulturę osobistą. Są klienci kulturalni i niekulturalni - tej klasyfikacji nie mogę w żaden sposób przeoczyć ani o niej zapomnieć.

Do trzech magicznych słów dodałabym zwroty: "dzień dobry" i "do widzenia". Zawsze myślałam, że kiedy się gdzieś wchodzi, to trzeba się przywitać, a kiedy się wychodzi, to należy się pożegnać. Wydawało mi się, ża tak elementarne zasady kultury raczej nie podlegają dyskusji. A jednak.

Nieprzywitanie się jest dla mnie szczególnie uciążliwe, kiedy jestem czymś zajęta i odwrócona tyłem do wejścia do sklepu. Niczego nieświadoma oddaje się swoim obowiązkom, gdy nagle odwracam się i widzę klienta żwawo buszującego między półkami. Wyrobiłam sobie nawyk sprawdzania kątem oka, co taki klient robi.

Brak znajomości podstawowych zwrotów grzecznościowych to nie jedyny problem. Obsługuję czasem klientów, którzy mówią do mnie... odwróceni plecami. Nie uwierzę, że ktoś ma aż takiego zeza. że chcąc mnie zobaczyć, musi stanąć tyłem.

Niektórzy klienci zwykli od razu wypowiadać nazwę konkretnego produktu z wyraźnym żądaniem w głosie, oczywiście z pominięciem tak istotnych elementów dobrego wychowania, jakimi są zwroty "dzień dobry" i "poproszę". Mało tego, żądanie słyszę czasem jeszcze przed wejściem klienta do sklepu! Często zastanawiam się nad powodem takiego zachowania u kupujących. Może to chęć dowartościowania się? A może klient po prostu nie zdaje sobie sprawy ze swojego postępowania, ponieważ jest to jedyny wzorzec zachowania wyniesiony z domu rodzinnego i tak naprawdę zasad kultury obowiązujących w społeczeństwie nie zna?

Zawsze, gdy zdarzy mi się wątpliwa przyjemność obsługiwania takiego klienta, to zanim sprzedam mu produkt i poślę go w myślach do diabła, staram się zacząć od głośnego "dzień dobry", zaserwowanego z możliwie jak najszczerszym uśmiechem. Gdy już spalony ze wstydu opuszcza sklep, rzucam jeszcze uprzejme "do widzenia". I choć zazwyczaj nie dostaję odpowiedzi, to mam wielką satysfakcję z tego, że nie dałam się ponieść emocjom. 

Jeśli kiedykolwiek ktoś z Was poczuje się jak człowiek z niższej kasty po obsłudze gburowatego i niewychowanego klienta, przypomnijcie sobie, że tak naprawdę to Wy jesteście w porządku. I nadal mówcie "dzień dobry"! :)

Z pamiętnika sprzedawcy to seria felietonów na temat pracy w sklepie kosmetycznym i relacji z klientami. Tekst jest dostępny także w magazynie branżowym Kosmetyki.

 

__________________________________________

BĄDŹ ZE MNĄ NA BIEŻĄCO!
FACEBOOK - KLIK
BLOGLOVIN - KLIK
TWITTER - KLIK
INSTAGRAM - KLIK

Czytaj dalej

piątek, 26 sierpnia 2016

Olej z ogórecznika lekarskiego (olej borago): działanie kosmetyczne; moja opinia po 3 miesiącach stosowania

Cześć:)

Ci, którzy są ze mną troszkę dłużej znają moje zamiłowanie do olejów zimnotłoczonych. Używam ich od czterech lat zamiast kremu na noc i przyznam szczerze, że jeszcze żadne kremy nie robią tak dobrze mojej skórze, jak właśnie oleje ;) Ostatnio testowałam olej z ogórecznika lekarskiego, inaczej olej borago. Zanim jednak napiszę o moich odczuciach, zachęcam do zapoznania się z niezwykłymi właściwościami tego oleju.

Olej z nasion ogórecznika lekarskiego, czyli borago officinalis seed oil, pochodzi z krajów śródziemnomorskich, ale występuje też w Polsce jako chwast. Jego liście mają zapach i smak ogórka - stąd też jego nazwa. Olej ten jest źródłem wielu składników odżywczych, takich jak:

  • kwas gamma-linolenowy (GLA): kwas zaliczany do szeregu omega-6, ogórecznik charakteryzuje się bardzo wysoką zawartością tego kwasu (ponad 20%), więcej jest go tylko w mleku matki, nieco mniej w oleju z nasion czarnej porzeczki i wiesiołka. GLA jest niezbędny do prawidłowego funkcjonowania skóry, jednak z czasem jego ilość w skórze maleje, co skutkuje m.in. przesuszeniem skóry i pojawianiem się zmarszczek. GLA dobrze się wchłania i ulega przekształceniu do prostaglandyn, które działają przeciwzapalnie, przeciwalergicznie, ochronnie, polepszają krążenie krwi. W ogóreczniku znajduje się także kwas alfa-linolenowy, który podobnie jak GLA ma działanie łagodzące stany zapalne.
  • flawonoidy (np. kwercetyna) - naturalne przeciwutleniacze, chronią przed wolnymi rodnikami, a co za tym idzie, przed starzeniem się skóry.
  • garbniki - substancje te mają właściwości ściągające i tonizujące, obkurczają naczynia włosowate, co jest potrzebne w pielęgnacji skóry naczyniowej, pomagają likwidować obrzęki.
  • saponiny, które są naturalnymi środkami powierzchniowo czynnymi, działają przeciwobrzękowo, przeciwzapalnie, poprawiają ukrwienie tkanek, mają także właściwości antybiotyczne i przeciwgrzybicze.
  • witamina C - stymuluje syntezę kolagenu, przeciwutleniacz, rozjaśnia skórę.
  • śluzy - zmiękczają skórę i łagodzą podrażnienia, działają ściągająco.
  • sole mineralne
  • kwasy jabłkowy i cytrynowy - działanie złuszczające, rozjaśniające.

Na podstawie opisu składników można wysnuć wniosek, że olej z ogórecznika działa przede wszystkim przeciwzapalnie oraz regenerująco. Dlatego znalazł on zastosowania w pielęgnacji skóry suchej, atopowej, łuszczącej się, swędzącej, także dojrzałej ze zmarszczkami oraz naczyniowej. 

Olej z ogórecznika lekarskiego, olej borago, Planeta Organica


Moja opinia:

Olej z ogórecznika firmy Planeta Organica zakupiłam w Starej Mydlarni. Na początku byłam przerażona jego cięższą konsystencją, w końcu moja cera jest mieszana i nawet lżejszy od borago olej jojoba podziałał na mnie zapychająco, ale postanowiłam dać mu szansę. Ten olej interesował mnie już od jakiegoś czasu przede wszystkim ze względu na wysoką zawartość kwasu GLA. 


Jego zapach nie jest zbyt zachęcający, jest on naturalny, jednak niestety tak pachną naturalne oleje, do czego jestem przyzwyczajona i nie przeszkadzało mi to w jego używaniu.

Opakowanie oleju zawiera 30ml produktu, zrobione jest z ciemnego szkła, czyli bardzo na plus. Wygodny kroplomierz ułatwia odmierzenie odpowiedniej ilości oleju.


Używałam tego oleju około 3 miesięcy, codziennie na noc. Ku mojemu niemałemu zaskoczeniu okazało się, że moja mieszana cera nie przestraszyła się jego tłustej konsystencji - nie zauważyłam w żadnym stopniu, aby zadziałał na mnie komedogennie, skóra nie przetłuszczała się też więcej, wręcz przeciwnie, rano była matowa, ale odczuwalnie głęboko nawilżona, miękka, elastyczna i bardzo gładka. Opisywałam ostatnio olej busajna, który uznałam za najbardziej nawilżający olej dla mnie, lecz informacja ta jest w tym momencie nieaktualna:) Olej borago to dla mnie najmocniej nawilżający olej, lepszy od busajna, arganu czy opuncji figowej. Czuję tą różnicę jeszcze mocniej, kiedy olej z ogórecznika mi się skończył i ponownie wróciłam do oleju busajna - nawilżenie oczywiście jest, ale nie takie, jak przy stosowaniu pierwszego oleju.




Wiem, że na pewno kupię go ponownie, jak tylko wykończę olej busajna:) Oceniam na 6 i coś czuję, że będzie to mój ulubieniec 2016 roku ;)


GDZIE KUPIĆ: Stara Mydlarnia, zrobsobiekrem.pl, Manufaktura Natura, The Ordinary. Ajeden
CENA: ok. 20-30zł, zależy od pojemności.

Kliknij w baner poniżej i zobacz, gdzie jest najtaniej!



Lubicie naturalne oleje w pielęgnacji? 

 __________________________________________
 
BĄDŹ ZE MNĄ NA BIEŻĄCO!
FACEBOOK - KLIK
BLOGLOVIN - KLIK
TWITTER - KLIK
INSTAGRAM - KLIK

Czytaj dalej

piątek, 12 sierpnia 2016

VIANEK Intensywnie nawilżające masło do ciała z ekstraktem z ziela owsa | RECENZJA

Hej:)

Jeszcze niedawno byłam przeciwniczką smarowania ciała czymkolwiek.... Choć może nie przeciwniczką. Po prostu mi się nie chciało, powiedzmy to sobie wprost ;) Myślałam, że mycie skóry nawilżającym czymś, co nie zawiera SLS-u w zupełności wystarczy, fakt faktem, że po takim myciu skóra jest mniej przesuszona, lecz jakiś czas temu zaczęłam odczuwać potrzebę nakładania jakiegoś smarowidła, szczególnie na ręce i nogi. Ja nie wiem, chyba się już trochę starzeję.

Dobra, jakieś tam masło shea jeszcze miałam, ale jak już się smarować, to szybko i żeby się błyskawicznie wchłaniało, ale nawilżało i żebym nie musiała używać tego codziennie, bo jednak mój wewnętrzny leń nie daje mi czasem spokoju. A masło shea jest trochę za ciężkie, jak na moje wymagania. Dobrze się sprawdzał olej monoi, ale dobił już dna, więc postanowiłam spróbować czegoś nowego. 

Vianek, Intensywnie nawilżające masło do ciała

Skorzystałam z okazji, jaką były targi Beauty Forum, które odbywały się na początku marca. I trafiłam na taką oto piękną wystawę Sylveco, o:


Doszły mnie słuchy, że Sylveco sobie zrobiło jakąś markę-siostrę, czy jakoś tak, w każdym bądź razie podobno dobra i naturalna i ładnie się nazywa: VIANEK. A skoro za młodu Maddie Ann "wiła wianki i rzucała je do falującej wody" to i tak prozaiczna rzecz, jak nazwa ją przyciągnęła. I zaczęła buszować wśród wspaniale pachnących Viankowych maseł, balsamów i peelingów.

Jak już obwąchałam wszystko, to drogą eliminacji (bo ciężko mi się było zdecydować, co wybrać) zakupiłam intensywnie nawilżające masło do ciała, to niebieskie. Tak, kupowałam nosem. I żałuję, że nie możecie tego przez monitor powąchać, bo to.... WINOGRONA Z NUTĄ CZEKOLADY. I nie pachnie tylko z pudełka. Ze skóry też czuć.



Skład: Aqua, Glycine Soja Oil, Glycerin, Butyrospermum Parkii Butter, Theobroma Cacao Seed Butter, Triticium Vulgare Germ Oil, Glyceryl Stearate, Avena Sativa Straw Extract, Sorbitan Stearate, Sucrose Cocoate, Hydrolyzet Oats, Stearic Acid, Cetearyl Alcohol, Xanthan Gum, Benzyl Alkohol, Parfum, Dehydroacetic Acid

Ok, zapach zapachem, ale ja bym jeszcze chciała, żeby masło spełniło ciężkie wymagania mojej skóry. Używam go zazwyczaj po prysznicu wieczorem i zazwyczaj przez 2,3 kolejne dni już nie potrzebuję się ponownie smarować, może jedynie odrobinę nakładam na łokcie i kolana, żeby nie były jak papier ścierny. Nakładanie tego masła 2 razy w tygodniu w zupełności mi wystarczy i to bardzo mi się podoba. Skóra jest zdecydowanie bardziej nawilżona, przyjemnie gładka i jakby... gęstsza, więc myślę, że przy systematycznym stosowaniu masło powinno też ujędrniać.


A jak się wchłania? No tutaj już trzeba troszkę poczekać, ale jest to całkowicie zrozumiałe, bo to przecież nie jest lekkie mleczko, lecz masło, które z reguły ma trochę bogatszą konsystencję. Rozsmarować też trzeba uważnie. Tą malutką "wadę" uważam za naturalną dla tego typu produktu, tym bardziej jestem ją w stanie zaakceptować, jeśli pozwala mi to na stosowanie masła tylko 2 razy w tygodniu.

Cóż rzec więcej? Masło świetnie i trwale nawilża, bosko pachnie i ma same dobroci w składzie. Szósteczka jak się patrzy ;)


CENA: ok. 20-25zł
GDZIE KUPIĆ? A na przykład tu: http://www.cocolita.pl/pielegnacja/vianek-intensywnie-nawilzajace-maslo-do-ciala-150ml


_________________________________________

BĄDŹ ZE MNĄ NA BIEŻĄCO!
FACEBOOK - KLIK
BLOGLOVIN - KLIK
TWITTER - KLIK
INSTAGRAM - KLIK

Czytaj dalej

piątek, 29 lipca 2016

Z pamiętnika sprzedawcy: Darmowa próbka? Poproszę o więcej!




Bezpłatne próbki kosmetyków to doskonały sposób na wzrost sprzedaży. Dzięki nim klient ma okazję wypróbować kosmetyk. Denerwują mnie jednak ci, którzy z góry zakładają, że nie wydadzą ani złotówki na pełnowartościowy produkt, bo zadowolą się testerami.

Przyznam szczerze, że jako konsument bardzo lubię taki sposób promocji produktów. Lubię coś przetestować, zanim wydam pieniądze na kosmetyk, szczególnie jeżeli mają być to grube pieniądze lub kosmetyk posiada w składzie substancję, którą niekoniecznie moja skóra może polubić.  

Jako sprzedawca, który czerpie wielką satysfakcję z zadowolenia klientów, wolę dać próbkę osobie, która nie jest przekonana do zakupu kosmetyku, bo ma bardzo wrażliwą skórę i „wszystko ją uczula” lub po prostu nie stać jej na konkretny produkt, niż sprzedać coś na siłę i obawiać się że, szybko wróci do mnie niezadowolona z zamiarem złożenia reklamacji.

Bezpłatne próbki traktuję jako formę reklamy, która często się sprawdza - nawet jeżeli klient nie przetestuje osobiście kosmetyku, to przekaże próbkę mamie, siostrze, koleżance... Tak czy siak, dobra opinia o drogerii i o samym produkcie idzie w świat. I o to chodzi.

Problem z próbkami pojawia się, gdy klient nie traktuje ich jako możliwość przetestowania kosmetyku, lecz jako sposób na uniknięcie wydania pieniędzy na pełnowartościowy produkt. Taka osoba, dostając ode mnie tester, od razu prosi o więcej (o wiele, wiele więcej). Myśli sobie: "Po co będę kupować, kiedy mam tyle próbek?, a do mnie mówi: "Wezmę jeszcze dla przyjaciółki, mamy, siostry, brata ("mówi pani, że to próbka podkładu? A wezmę mu, niech też wypróbuje"), babci, ciotki z Januszowa Dolnego i wujka z zagranicy". Może i faktycznie komuś je przekaże, ale bardzo często w takiej sytuacji podejrzewam, że raczej tego nie zrobi. Że zabierze wszystkie dla siebie, chociaż za nic w świecie nie chce się do tego przyznać.



Mogłabym powiedzieć, że nie obchodzi mnie, co klient robi z próbkami, ale nie mogę przejść obok tego obojętnie, kiedy inna osoba naprawdę potrzebuje wypróbować kosmetyk, a mnie zabrakło testerów, bo rozdałam je klientom, którzy nie chcieli wydać na produkt ani złotówki albo przyszli po nie, bo... właśnie wyjeżdżają na wakacje i przydałoby im się coś, co zmieści się do walizki.

Jednak zdarzają się sytuacje odwrotne - klient otrzymuje próbkę, za którą inni, żeby ją zdobyć, daliby się pokroić (choćby dlatego, że pełnowartościowy kosmetyk jest luksusowy i drogi), a mimo to zaczyna marudzić. Zazwyczaj nie podoba mu się typ produktu, ale zdarza się też, że nie odpowiada mu sam wygląd próbki czy za mała jej objętość. Jest mi wtedy przykro, bo dając ją klientowi, chciałam go wyróżnić i zachęcić do ponownych zakupów lub po prostu sprawić mu przyjemność i wywołać pozytywne wspomnienie na myśl o firmie, w której pracuję.

Na szczęście są jednak ludzie, którzy potrafią to docenić. Szkoda tylko, że jest ich tak niewielu. Pamiętam jedną z klientek, która wróciła do sklepu na drugi dzień, żeby podziękować mi za wrzucenie kilku próbek do jej torby z zakupami - była tym zachwycona. Jedna taka sytuacja wywołała uśmiech na mojej twarzy i sprawiła, że wszystkie niemiłe zdarzenia związane z rozdawaniem testerów poszły w niepamięć. I tego się trzymajmy:)

Z pamiętnika sprzedawcy to seria felietonów na temat pracy w sklepie kosmetycznym i relacji z klientami. Tekst jest dostępny także w magazynie branżowym Kosmetyki.


____________________________________________

BĄDŹ ZE MNĄ NA BIEŻĄCO!
FACEBOOK - KLIK
BLOGLOVIN - KLIK
TWITTER - KLIK
INSTAGRAM - KLIK

Czytaj dalej

czwartek, 21 lipca 2016

Nyx Lingerie - matowa pomadka do ust w płynie - Embellishment

Hej:)

Niby lato w pełni, a w Warszawie zimno i pochmurno było do tej pory... Gdzie ten słoneczny lipiec, który znam? Mam nadzieję, że pogoda się zmieni, bo jestem blada jak ściana i przydało by się złapać trochę słońca:) Jak tam u Was? :)

Jakiś czas temu, dosłownie dwa dni po otwarciu pierwszego w Polsce sklepu stacjonarnego Nyx w Polsce wybrałam się tam pobuszować trochę i poznać lepiej markę. Co nieco się dowiedziałam i co nieco kupiłam, ale nie za dużo, bo mąż stał nade mną i pilnował żebym czasem nie zgłupiała. Jednak wiedziałam, że nie będzie to moja ostatnia wizyta w tym sklepie ;)

Dziś zobaczycie jak się prezentuje matowa pomadka w płynie z serii Lingerie. Jest to moja pierwsza matowa pomadka, więc miałam trochę obaw, co do moich suchych ust, ale postanowiłam spróbować. Oszalałam na punkcie koloru Embellishment i ten właśnie odcień pokażę na moich ustach:) 

Nyx Lingerie, Embellishment

Oprócz pomadki zakupiłam także korektor Gotcha Covered, ale o nim kiedy indziej. Skupmy się na pomadce! :) 


Pomadka znajduje się w opakowaniu typowym dla błyszczyków, konsystencja jest bardzo przyjemna, płynna, wręcz satynowa, co daje się wyczuć przy aplikacji. Po jakiejś minucie pomadka zastyga i tworzy na ustach matowy efekt. 

Nyx Lingerie, Embellishment

Co do moich suchych ust - jakoś znoszą tę pomadkę i nie zauważyłam do tej pory, żeby tworzyły się skórki. Nie podoba mi się jednak efekt klejenia się ust i tego, że cały czas czuję, że coś na tych ustach mam. Myślałam, że po kilku minutach ten rezultat zniknie, lecz tak się niestety nie stało.\

Jest całkiem trwała, wytrzymuje kilka godzin, nie zjada się w brzydki sposób, który wymagałby całkowitego zmycia pomadki z ust. Wytrzymuje jedzenie i picie :)

Kolor jest dość oryginalny. Jest to fiolet wpadający w szarość, wygląda na mnie troszkę trupio. Mam wrażenie, że po jakimś czasie trochę ciemnieje i pokazują się jakby brązowe tony. Dziwne, wiem:) Poniżej kilka zdjęć tego, jak kolor wygląda na ustach.

Nyx Lingerie, Embellishment

W trochę cieplejszym świetle:


 

Jeśli chodzi o cenę, to pomadka kosztuje około 30 złotych (nie pamiętam dokładnie) i na pewno jest dostępna w punkcie w Galerii Mokotów, jednak niedawno powstał też pop-up store przy wejściu do Złotych Tarasów, więc być może i tam kupicie też Lingerie :) 



Cóż, szczerze mówiąc nie wiem, czy skuszę się na jeszcze jedną pomadkę z tej serii, mimo, że wiele kolorów bardzo mi się podoba. Jak już pisałam jest to pierwsza moja matowa pomadka i mam mieszane uczucia, nie jestem przyzwyczajona do efektu jaki tego typu produkt daje na ustach, lubię za to kremowe i nawilżające lub satynowe wykończenia. Następnym razem skieruję się bardziej w stronę pomadek kremowych, mocno interesuję się serią Suede:) 

Nyx Lingerie, Embellishment

Dajcie znać, jeśli miałyście do czynienia z tą pomadką lub 
z jakimikolwiek produktami od Nyxa:) Chętnie się dowiem, 
co polecacie:)

Buziaki,
Maddie Ann:)

_________________________________________

BĄDŹ ZE MNĄ NA BIEŻĄCO!
FACEBOOK - KLIK
BLOGLOVIN - KLIK
TWITTER - KLIK
INSTAGRAM - KLIK

Czytaj dalej

wtorek, 14 czerwca 2016

Paleta cieni Comfort Zone Wet'n Wild - swatche :)

Hej:)

Pamiętacie paletkę Wet'n Wild i przepiękny brązowo-błękitny cień, z którym robiłam swego czasu makijaż? Przyszedł czas na swatche! Jeśli chcecie ją bliżej poznać to zapraszam do dalszej lektury:)

Comfort Zone Pallete, Wet'n Wild
Cieni w palecie jest 8 i wszystkie są perłowe lub z drobinkami, nie mamy tu żadnego matowego odcienia. I za to minusik na początek, ale to małe "faux pas" rekompensują przepiękne, letnio-wiosenne kolory cieni:) 


Na odwrocie opakowania producent pokazuje, którego cienia na jakiej części oka użyć. Generalnie nie sugerowałabym się tym - czasy, gdy na łuk brwiowy nakładano perłowe cienie dawno minęły. Dlatego wspomóc się trzeba jakimś matowym jasnobeżowym cieniem.

Cienie nie mają nazw, więc opisałam je od 1 do 4:)

Comfort Zone, Wet'n Wild, swatches
Comfort Zone, Wet'n Wild, swatches
Pierwsze trzy cienie to cienie perłowe. Najbardziej podoba mi się nr 2 - przepiękny łosoś! Świetnie się komponuje z ciepłym brązowym cieniem:) Idealny na lato:) Nr 4 to cień z drobinkami, widać, że jest to cień brązowy, jednak po roztarciu trochę gubi swój kolor, dobrze to widać na zdjęciu. Jest wtedy bardziej czarny niż brązowy.

Comfort Zone, Wet'n Wild, swatches

Comfort Zone, Wet'n Wild, swatches
Tutaj jedynie kolor nr 3 ma drobinki, reszta jest perłowa. Pierwszy cień to typowa perła, dobra do rozświetlania wewnętrznego kącika. Drugi to istna wiosna, trzeci, podobnie jak w przypadku ostatniego cienia w poprzedniej czwórce, gubi kolor. No i ostatni cień-gwiazda, cóż tu dużo pisać, już wystarczająco się nad nim zachwycałam:) Wystarczy tylko spojrzeć:)



Czytaj na blogu: Makijaż z Wet'n Wild

Co do trwałości - rewelacja. Na mojej matującej bazie z Zoevy trzymają się calutki dzień (pracuję 12h). Bez ścierania, znikania intensywności koloru ani zbierania się w załamaniu. Pigmentacja jest naprawdę świetna:)

Comfort Zone, Wet'n Wild
Dajcie znać, jak Wam się podoba:)

Buziaki,
Maddie Ann:)
Czytaj dalej
Obsługiwane przez usługę Blogger.