Nigdy nie myślałam, że szampon
może zahamować wypadanie włosów. GDZIE TAM! Byłam święcie przekonana, że tylko
prawidłowe odżywianie, suplementy, czy ewentualnie jakieś mocno skoncentrowane
koktajle aplikowane w skórę głowy za pomocą mezoterapii dadzą radę z mocno
osłabionymi włosami. Nie łudziłam się, że cokolwiek zmniejszy liczbę włosów
(może rozpatrujmy sprawę nie w liczbie włosów, tylko w liczbie GARŚCI włosów)
jaką zostawiam na szczotce, w wannie i na poduszce. I na podłodze też. I czasem
nawet w jedzeniu……
Tak było dopóki nie odkryłam
cudownego produktu, jakim jest szampon wzmacniający cebulki włosowe Wardi Shan
z Mydlarni u Franciszka. Lekko odstraszona ceną (39zł za 250ml – nigdy aż tyle
nie wydałam na szampon), ale zachęcona składem:
Przeznaczeniem i ogólnym opisem:
Zakupiłam go i była to jedna z
najlepszych decyzji, jaką podjęłam co do zakupu kosmetyków.
Konsystencja jest lekko żelowa,
nie jest zbyt gęsta, kolor przezroczysty. Zapach? Jak wącham szampon z opakowania to wyczuwam
ten cały „perfume” – zapach taki, jak u większości kosmetyków do włosów –
delikatny. Jednak po wysuszeniu włosów zapach zostaję i powiedziałabym, że jest
to nuta… szarego mydła. Jest to dla mnie bardzo przyjemny zapach, dobrze mi się
kojarzy – z dzieciństwem albo świeżo wypraną pościelą… ;) Nie wiem, czy wszyscy
czują ten zapach po wysuszeniu włosów, czy nawet, jeśli włosy były myte
wieczorem, rano po przebudzeniu, co u mnie ma miejsce. Jestem ciekawa, czy ten
zapach się komuś podoba:)
Działanie. Szampon słabo się pieni,
co jest całkowicie zrozumiałe. Ja zawsze byłam przyzwyczajona do piany i akurat
to mnie denerwuje. Potrafiłam sobie wylać potrójną ilość szamponu do
jednorazowego mycia: na przód, na tył i na końcówki, bo nie mogłam go rozpienić
na tyle, żeby umyć włosy normalną ilością szamponu, taką, jaką normalny i
cywilizowany człowiek używa do jednorazowego mycia włosów.
Już po kilku użyciach widziałam
efekt bardziej napuszonych, uniesionych u nasady włosów. W trakcie mycia i
zaraz po odczuwałam lekkie mrowienie w skórze głowy (zaznaczam, że nie
polewałam sobie głowy szamponem, trochę pomacałam i spłukałam, lecz za każdym
razem starałam się wykonać masaż skóry głowy, który pobudza krążenie i sprawia,
że składniki aktywne z szamponu lepiej się wchłaniają), więc myślę, że dzięki
temu włosy „stały”. Przez to też wydawało mi się, że jest ich więcej.
Włosy po myciu trochę ciężko się
rozczesywały, ale pomagałam sobie aplikując na końcówki olej kokosowy około
5-10 minut przed umyciem.
Kiedy stosowałam szampon mogłam
myć włosy co 3, nie co 2 dni, więc przy włosach przetłuszczających się powinien
się sprawdzić.
A co z wypadaniem włosów? Efekt
zobaczyłam po zużyciu prawie całego opakowania. Na szczotce, w wannie i na
poduszce nie było już garści włosów! Szczerze mówiąc byłam w szoku, kiedy
stwierdziłam, że włosy naprawdę przestały aż tak wypadać, a zasługą tego jest
tylko szampon…
Mój chłopak zauważył kiedyś, ze
podczas sprzątania pokoju znalazł około 3 moich włosów ( a wcześniej było ich
tyle, że po codziennym sprzątaniu przez tydzień można było sobie z nich zrobić
perukę) i zażądał użyczenia mu szamponu:) Umył włosy kilka razy i po jakimś czasie
stwierdził, że jego zakola przestały się pogłębiać…:) Mało tego, partnerzy
moich koleżanek również powiedzieli, że przestali jakby łysieć…
Szamponu używam wiosną i
jesienią, czyli wtedy, kiedy włosy mają tendencję do większego wypadania. Nie
potrzebuję stosować go cały czas, ponieważ całkiem dobrze utrzymuje on u mnie
efekt umiarkowanego wypadania włosów (czyli tak, że po uczesaniu włosów jest
ich na szczotce kilkanaście, ale nie
cała garść). Zazwyczaj zużywam jedno opakowanie, wystarcza mi na 3 miesiące:)
Szampon wzmacniający Wardi Shan
jest jednym z tych produktów, za którymi tęskniłabym najbardziej, gdyby zostały
wycofane z sprzedaży. Ostatnio nie było tych szamponów u Franciszka, nie mogłam
się doczekać, kiedy się pojawią, ale od niedawna można je już bez problemu
kupić:)
Dajcie znać, czy ktoś z Was
spotkał się z tym szamponem i jakie są Wasze odczucia:)











